Kiedy na grupę przychodzi kilku nowicjuszy atmosfera na grupie nieco się zmienia. Już nie zawsze czuję się tam tak dobrze, jak przedtem. Może nie źle, ale… jakoś inaczej w każdym razie, jestem bardziej ostrożny i musi upłynąć trochę czasu aby wszystko albo prawie wszystko wróciło  do normy. Kiedy to zauważyłem  musiałem się zastanowić  czy mi się przypadkiem coś nie pomyliło, czy ja na pewno wiem gdzie i po co chodzę? A może Wspólnotę AA pomyliłem z jakimś klubem towarzyskim gdzie chodzę spotykać się z ludźmi, żeby dobrze się poczuć, poprawić sobie nastrój, rozerwać się.
Na początku za radą starszych AA chodziłem na kilka grup, a potem przez kilka lat w zasadzie byłem uczestnikiem jednej grupy. Aż wreszcie ruszałem tyłek ze „swojej” grupy, a nawet z miasta i wykorzystywałem każdą okazję do spotkania i wymiany doświadczeń z członkami AA spoza „mojej” grupy.

Takie były początki długiego procesu weryfikacji moich przekonań na temat chodzenia na jedną grupę, a także chodzenia na mityngi AA w ogóle. W pewnym momencie zrozumiałem, że siłę Wspólnoty stanowi Program AA, a nie mityng. Mityng to tylko narzędzie. Podczas mityngu dzielimy się doświadczeniami i efektami pracy nad Programem.
Mityng nie służy do poprawiania nastroju i samopoczucia. Tym celom znakomicie służył mi alkohol, a zdrowienie z uzależnienia  nie ma chyba polegać na tym, żebym mityngu AA używał jako zamiennika. I wreszcie, co chyba jest najważniejsze, zamykając się w jednej tylko grupie, w dość istotny sposób ograniczam swoje możliwości wyzdrowienia z alkoholizmu. A przecież na tym mi najbardziej zależy.
W okresie, kiedy jeszcze chodziłem na jedną tylko grupę, często przychodziłem na mityng wcześniej. Chodziło mi o to, żeby nikt nie zajął mojego ulubionego miejsca. Kiedy to sobie dzisiaj przypomnę, to aż śmiać mi się chce – w czasie mityngu mówiłem o różnych sprawach, o tym, jak to zmieniam siebie i jak na te zmiany jestem gotowy i zdeterminowany, ale w rzeczywistości nie byłem gotów nawet miejsca zmienić i faktycznie źle się czułem, kiedy ktoś inny mi je zajął.
Na jednej grupie, wśród takich samych jak ja stałych bywalców, prędzej czy później następuje nieuniknione: znamy siebie nawzajem i nasze historie życiowe na pamięć i na wyrywki. W takiej sytuacji szansa na to, że dowiem się czegoś nowego, czegoś, czego jeszcze nie słyszałem, jest niewielka i z czasem niestety coraz mniejsza. Oczywiście czuję się na „mojej” grupie bardzo bezpiecznie, bo z góry (prawie zawsze) wiem, kto co powie, jak zareaguje itd.- no, ale jak się to ma do mojej potrzeby zmiany siebie, niezbędnej przy zdrowieniu z alkoholizmu?
W praktyce okazuje się często, że na mityng idę po to, żeby spotkać tam Krzycha, Rycha czy Elę i po prostu z nimi pogadać. Gdybyśmy spotkali się na rogu ulicy czy w barze, pewnie też opowiadalibyśmy sobie nawzajem, co też się u nas wydarzyło od ostatniego spotkania. Tutaj wykorzystujemy  tzw. „Kółeczko” żeby w formie terapeutycznej rundki poinformować przyjaciół, co to się ostatnio w naszym życiu stało. Szansa na zmianę, na korektę swojego myślenia i zachowań? Właściwie żadna.
W naszych relacjach  stałych bywalców dużo jest zrozumienia, akceptacji  i sympatii. To oczywiście jest  bardzo  miłe, ale zauważyłem, że przy okazji zaczęliśmy się wzajemnie chronić i osłaniać. Ja nie powiedziałem nic nie przyjemnego  Krzychowi, bo to mój przyjaciel, więc po co mu sprawiać przykrość. Rychu nie zdobył się na bolesną szczerość wobec Janki, żeby jej nie zranić, a Wala  nieco złagodziła swoją wypowiedź, żeby nie urazić Pawła.

 

Przyjemnie  jest, ale czy w takich warunkach można rzeczywiście i skutecznie trzeźwieć? Wydaje  mi się że zawsze mogę mówić, że przecież chodzę na mityngi, pracuję nad sobą, zmieniam się i kilka podobnych ogólników, z których niewiele wynika.

 

I wszystko wydawało by się w porządku, dopóki nie wybrałem się na mityng w zupełnie innej miejscowości. Usłyszałem wtedy kilka ciekawych wypowiedzi – usłyszałem,  już choćby dlatego, że były nowe. Z jednymi się zgadzałem, z innymi nie, ale to inna sprawa, bo przede wszystkim zmuszały mnie do myślenia, zastanowienia, odniesienia tego do siebie.
Prawie nieznany, a więc i nie powiązany z nikim żadnymi relacjami towarzyskimi, nie byłem też jakoś specjalnie chroniony, nikt się nade mną nie rozczulał. Usłyszałem w związku z tym kilka rzeczy, które w niewygodny sposób naruszały moje, z takim trudem zbudowane wśród przyjaciół, wyobrażenie o sobie. Wracając z tego mityngu zastanawiałem się, czy jest sens chodzić na nieznane mi grupy – w końcu  nie czułem się tam wcale dobrze. Ano właśnie… czy na grupie  szukam tylko dobrego samopoczucia… co we mnie jest takiego, że się tam niezbyt dobrze czułem?
Gotów byłem długo i namiętnie mówić o tym, co w nich tam, na tej obcej grupie, jest takiego, że się tam źle czułem, ale że to coś jest we mnie, to mi do głowy przychodziło powolutku. Oczywiście znalazłem to coś, a był to zestaw moich wad, na które przyjaciele i znajomi z „mojej grupy” nie zwracali już uwagi, przyjmując po prostu, że „to przecież Janusz, on już tak ma”.

 

Ja nie wiem, czy da się wytrzeźwieć zamknąwszy się na jednej tylko grupie AA. Być może i można,  natomiast mam pełne przekonanie, że dla mnie nie jest to dobry ani bezpieczny pomysł. Nadal i wciąż najlepiej się czuję na „swojej” grupie, jednak bardzo pilnuję tego, żeby przynajmniej raz czy dwa na kwartał wybrać się na jakąś inną grupę, doświadczyć czegoś innego pilnuję też, żeby nie przyzwyczajać się do miejsca za stołem.

Ot tak …..choćby dla zasady……

O Autorze

Grupa: Magma 6. Intergrupa: Wielkopolska Nie piję już od 22 lat

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany